Szablon stworzony przez Shayen

23 grudnia 2018

Ch 20

Uwaga! Rozdział jeszcze nie sprawdzony. Mogą występować literówki i powtórzenia.

Szłam korytarzem niespiesznie, a ręce trzymałam w kieszeniach spodni. Nie wiedziałam co mam z sobą zrobić. Gorzki smak porażki wciąż tłamsił mnie wewnątrz. Wiedziałam, że nie będę wygrywać każdego wyścigu, jednak taka sromotna przegrana w żadnym przypadku nie poprawiała mojego humoru. 
Temari niby uznała, że ważne jest, że w ogóle udało mi się dotknąćtego samochodu. Sam fakt, że bez żadnego większego problemu przedarłam się na tamten parking, stawiało mnie w innym świetle. Osobiście uważałam jednak, że nie było to na tyle trudne by traktować to, jako wielkie osiągnięcie.
Nie kłóciłam się z nią, że to już niby dawało sporo do myślenia Hazuiemu i bardzo możliwe, że nie spaliłam się całkowicie już na początku. Ona znała ten świat i ludzi o wiele lepiej niż ja. Niemniej miałam własne zdanie i oczekiwałam od siebie zdecydowanie więcej.
I nie mogłam zapomnieć, w żadnym przypadku, wyrazu twarzy tego chińczyka. Już w samej rezydencji wydawał się mi nieprzyjemny, zdystansowany i bardzo wrogo nastawiony, pomimo spokojnej postawy. Miałam wobec niego obawy, a wtedy, gdy wyrzucił mnie na zewnątrz i dostrzegłam wyraz jego twarzy wiedziałam, że były one słuszne. Jego oczy mówiły, że zrobiłby o wiele więcej niż lekkie obicie mnie o ziemie, ale okoliczności mu nie sprzyjały. W duchu dziękowałam za to, że rzeczywiście tak było. Byłam sama na potencjalnie pięć osób, jeżeli pozostali kierowcy z BMW zdecydowali by się zaangażować. Nieprzyjemny dreszcz przeszedł po moich ramionach. 
Zamknęłam oczy, by wyrzucić z myśli nie za dobre wizje, gdyby rzeczywiście miałoby się to ziścić. Wiedziałam, że nie miałam żadnych szans na to, by poradzić sobie samej. 
Niespodziewanie poczułam ból w ramieniu, gdy wpadłam na kogoś. Gwałtownie uniosłam głowę do góry, a moje ręka powędrowała na noże przy moim pasie. Odetchnęłam z ulgą, gdy dostrzegłam rozbawione iskierki w oczach Kisame. 
—A ty co taka zamyślona? Mam ciężki krok, już dawno powinnaś wiedzieć, że idę.
Przyznałam mu w duchu rację. Gdyby to był ktoś inny, mogłabym nabawić się niezłych problemów. Westchnęłam ciężko i odsunęłam się o krok do tyłu, by zrobić przestrzeń między nami. 
— Przepraszam — mruknęłam. 
— Nie mogę ukryć, że jak przywalisz z bara, to nawet boli. — Zaśmiał się i teatralnie złapał za ramię. Uśmiechnęłam się mimo woli i uderzyłam go delikatnie z pięści w to samo miejsce. 
— Przestań się zgrywać. 
— Już, już. — Uniósł ręce w obronnym geście, gdy widział, że po raz kolejny chcę go szturchnąć. — Tylko nie bij, bo jeszcze uznają mnie za mięczaka. 
Pokręciłam głową rozbawiona. Nie wiedziałam, jak to się dzieje, ale Kisame zawsze potrafił w kilku prostych zdaniach poprawić mi humor. 
— To jak, powiesz, co cię tak męczy? — Uniósł brwi w górę i założył ręce na piersi.
— Chodźmy na strzelnicę. Chętnie porzucam. — Rzuciłam wzrokiem wymownie na pas, jednocześnie dając mu znać, że porozmawiamy, ale w innym miejscu. 
Ten tylko wzruszył ramionami. Odwrócił się w kierunku, z którego przyszedł i wskazał ręką bym szła pierwsza. Z jednej strony cieszyłam się z takiego obrotu spraw. Mogłam z nim porozmawiać o Itachim i bardzo możliwe, że zdradziłby mi parę rzeczy. 
Aż do wejścia na sale, żadne z nas nie odezwało się ani słowem. Kiedy stanęłam na środku, wciąż w ciszy, chwyciłam z pierwsze ostrze. Zmrużyłam oczy i na rozgrzewkę wybrałam sobie tarczę nieco na lewo. Nie była najdalej ani najbliżej. Ot, mój zwyczajowy cel na samym początku ćwiczeń. 
Trafiłam idealnie w środek. 
Uniosłam brwi w górę, gdy obok niego nagle wbił się inny nóż. O wiele większy i cały czarny. Odwróciłam się do Kisame.
— Mój raczej nie nadaje się do rzucania, ale od biedy wszystko można zrobić. 
Podszedł powoli do tarczy i wyciągnął obydwa. Kiedy stanął przede mną podał mi mój. Przyjrzałam się dokładniej zdobieniom na nim i nagle poczułam wielką chęć powiedzenia mu o wszystkim. 
Zamknęłam oczy i chwytając za rękojeść, zaczęłam opowiadać. 
— Męczy mnie to wszystko. — Westchnęłam ciężko i nie patrząc na jego twarz odwróciłam się do niego bokiem, przymierzając się w inny cel. 
— Mam dość tych wszystkich niedopowiedzeń i tajemnic. Nagato obiecał mi wyjaśnienia i milczy. — Przerwałam na moment. — Może to też moja wina, bo się nie upominam. 
Zmarszczyłam brwi, gdy lekki ból naciąganych mięśni odezwał się w moim prawym ramieniu. Mimo to rzuciłam po raz kolejny, a nóż w bił się tam, gdzie chciałam. 
Kisame się nie odzywał. Nie mogąc się powstrzymać zerknęłam na niego kątem oka. Z zainteresowanie zauważyłam, że ma poważny wyraz twarzy. 
— Ostatni wyścig okazał się totalną porażką. Na dodatek ten cały Huaze Lei zupełnie mi się nie podoba. Wydawał się niezadowolony z faktu, że nie ma więcej czasu, by się mną zająć. 
— Huaze Lei? — Uniósł brwi. Westchnęłam zdając sobie sprawę, że szczegóły znały tylko cztery osoby. Pięć, wliczając w to Nagato.
— Zadanie polegało na odzyskaniu samochodu. Jakiś bogacz zrobił sobie z tego zabawę. Udało mi się go odzyskać z parkingu policyjnego, ale ledwie się oddaliłam, a ten całkowicie mnie wyeliminował— ostatnie słowo niemal warknęłam, przypominając sobie tę sytuację. — Zostałam zatrzymana, a ten odebrał mi Lamborghini. Gdyby nie to, że na ogonie siedzieli nam inni zawodnicy i policja, na pewno poświęcił by mi więcej czasu, jak wyrzucenie na ulicę. 
— Nie wiem kim on jest. Nigdy nie słyszałem tego nazwiska — przyznał po krótkiej ciszy, która zaległa na kilka sekund. Wyciągnął w moim kierunku rękę, gdy wróciłam z nożami od tarcz. — Mogę? — Kiwnął na nie głową. 
Bez słowa mu je podałam. Z zainteresowaniem obserwowałam, jak rzuca. Pierwsze cele trafił bez problemu. Każde kolejne, nieco dalej, były już zdecydowanie mniej precyzyjne. Wzruszył ramionami, gdy nie było już żadnego ostrza w jego ręce. 
— Nigdy nie byłem w tym dobry. Wolę broń. — Uśmiechnęłam się delikatnie na to stwierdzenie. Tym razem on zebrał je wszystkie. 
— Mogę się założyć, że jeszcze go spotkasz. Tacy ludzie nigdy nie odpuszczają. 
Zmarszczyłam brwi na jego słowa. Miały w sobie sporo racji. Huaze Lei nie wydawał się osobą, która by często rezygnowała z czegokolwiek. 
— Dobrze, że robisz postępy na treningach z Painem. Przyda ci się to. 
— Skąd wiesz, że robię postępy? — zapytałam zaskoczona. Uśmiechnął się chytrze kącikiem ust. 
— No proszę. Ranisz mówiąc, że nie widziałaś mnie te kilka razy. Nie tylko ty musisz utrzymać formę. 
Podrapałam się zakłopotana po policzku, kiedy rzeczywiście nie przypominałam sobie, bym kiedykolwiek go dostrzegła. 
Następne dziesięć minut obyło się bez słów. Mimo, że wiele nie powiedział, było mi lżej, gdy mogłam porozmawiać z nim o tych drobnych rzeczach. Wiedziałam, że mam Ino. Jednak czasem nie mogłam znieść jej zaczepek oraz dociekliwości, która szła by za lawiną pytań. Potrzebowałam kogoś, kto by wysłuchał i spokojnie przyjął wszystko to, co sama chciałabym powiedzieć. Bez naciskania dalej. 
Kisame był osobą, która nigdy nie była do mnie wrogo nastawiona i wydawał się szczerze interesować moim samopoczuciem. Nie szukał przy tym żadnych korzyści. 
— Jednak to nie wszystko, prawda? 
Zagryzłam wargę, słysząc jego niewinne pytanie, które jedynie miało zasugerować, że jeśli chciałabym, wciąż jest chętny słuchać. Teraz, gdy miałam idealną okazję by wypytać go o Itachiego, irracjonalny strach sam zakwitł wewnątrz mnie. 
Mimo to, przemogłam się. 
— Dawno nie widziałam Itachiego. I nikt nie chce mi powiedzieć, gdzie zniknął — mruknęłam cicho. Przez ułamek sekundy, przed rzutem, zauważyłam jego rozbawiony wyraz twarzy. 
— Serio? — Zaśmiał się głośno. 
— Ej! — Szturchnęłam go niezadowolona, że znalazł w tym uciechę. 
— Wybacz, wybacz. — Umknęłam jego ręce, gdy chciał potargać mi włosy. Już dawno zorientowałam się, że czerpał z tego naprawdę wiele zabawy. — Po prostu wiem, że większość nie interesuje się tym, gdzie ten się podziewa. Nikt ci nic nie mówi, bo najzwyczajniej w świecie nie wiedzą.
— Nawet Nagato? — Uniosłam brwi z dobitnym wyrazem twarzy. Zamrugał zaskoczony.
— A to nie wiem, czemu on robi z tego wielką tajemnicę. — Zawiesił głos na chwilę. — Itachi pojechał pomóc bratu.
Tym razem to ja nie kryłam zdziwienia. 
— On ma brata? 
— Nie wiedziałaś? 
Pokręciłam w zaprzeczeniu głową. Nigdy, przez te wszystkie miesiące, nie zdradził, że miał jakiekolwiek rodzeństwo. Ponownie wyraźnie odczułam, że tak naprawdę w ogóle go nie znałam. On wiedział o mnie prawie wszystko. 
Nietrudno było przeoczyć despotycznych rodziców, moje powiązania z Nagato oraz ile znaczyłam dla niego. Znał moje uczucia do Yuri oraz to, jak bardzo jej śmierć mnie dotknęła.
Sapnęłam, czując ogromny ból w sercu, gdy przypomniałam sobie jej roześmianą twarz. Piękne, łagodne oczy zawsze patrzyły na mnie przyjaźnie i teraz tak często prześladowały mnie w koszmarach.
Zacisnęłam mocno powieki, chcąc odgonić od siebie te wspomnienia. Zamknęłam je po raz kolejny głęboko w podświadomości.
Moje ręce same zacisnęły się na rękojeści noża. 
— Za wiele o sobie nigdy nie mówił — stwierdziłam ponuro i wkładając całą swoją złość, rzuciłam. Ostrze z małym hukiem wbiło się w sam środek. 
— Nie ma zbyt przyjemnej przeszłości. — Spojrzałam na niego ani trochę nie kryjąc ciekawości. Odwróciłam się przodem do Kisame i skrzyżowałam ze sobą ramiona. 
— Zdajesz się go bardzo dobrze znać. — Zaryzykowałam, a w odpowiedzi dostałam jego zwyczajowy uśmieszek. Wydawał się rozbawiony moim wścibstwem. 
— Znamy się dziesięć lat. Mogę bez problemu go nazwać swoim przyjacielem. 
— Och — westchnęłam. 
Bez słowa ponownie wróciłam do rzucania. Poczułam się dziwnie niekomfortowo, że nacisnęłam tak mocno. Widziałam, jak głębokie zamyślenie wpływa na jego twarz.
— Odkąd zginęli ich rodzice, jego jedyną rodziną jest tak naprawdę Sasuke — zaczął, a ja poczułam lekki smutek, słysząc, tę nowinę. 
— Dlaczego Matsuri nazwała go swoim bratankiem? — zapytałam cicho. Pamiętałam to zdziwienie, które wtedy czułam. 
— Była żoną Madary, jego wuja. — Odchyliłam głowę w tył, gdy wyłapałam dziwną nutę, kiedy wypowiedział to imię. 
Miałam wrażenie, że znaczy o wiele więcej w tym świecie, niż sprawiało pozory. Rzadko intuicja mnie zwodziła. Dlatego nie zawahałam się wciąż pytać. Wolałam skorzystać, gdy Kisame zechciał ze mną o tym porozmawiać. 
— Kim jest Madara? 
Odetchnął ciężko i przeczesał włosy ręką. 
— Nie wiem, czy powinienem ci o tym mówić, jeśli Pain tego nie zrobił wcześniej. 
Zrobiłam krok w jego stronę, mrużąc niebezpiecznie oczy. Chciałam usłyszeć odpowiedź. 
— Kisame, gadaj. — Pogroziłam mu nożem w żartach, jednak moja twarz pozostała poważna. Pokręcił głową w zaprzeczeniu, zupełnie nie wzruszony, że ma przed sobą niebezpiecznie blisko broń.
— Dowiesz się w odpowiednim czasie — odpowiedział wymijająco i wyrwał mi sprawnie ostrze z ręki. Ponownie uśmiechnął się chytrze. 
— Zadowolona z małego dochodzenia? — Uniósł wymownie brwi w górę, doskonale zdając sobie sprawę, że chciałam wyciągnąć od niego informacje o Itachim. A że dowiedziałam się czegoś po drodze, sprawiło, że miałam tylko więcej pytań.
— Ani trochę — prychnęłam. — Mógłbyś być bardziej wylewny. 
— Jeżeli chcesz się dowiedzieć czegoś więcej zapytaj Itachiego albo Paina. Tylko oni mogą ci powiedzieć wszystko. Ja tu tylko sprzątam. — Pomachał mi ręką i odwrócił się na pięcie.
— Idziesz? — zapytałam z nadzieją, że może zostanie. 
— Muszę załatwić parę spraw. Wierzę, że zamkniesz dokładnie drzwi za sobą. — Posłał mi ostatni uśmiech. 
— Dzięki Kisame! — zawołałam za nim, będąc naprawdę wdzięczną, że podzielił się choć tą namiastką informacji. 
W odpowiedzi rzucił mi ostatnie spojrzenie i kiwnął głową. Następnie zniknął za kotarą. 
Zostałam sama z naprawdę ogromnym mętlikiem w głowie. Dowiedziałam się kilku niespodziewanych rzeczy o Itachim. Nie chciałam wyobrażać sobie, co musiał czuć, gdy stracił rodziców. Mimo, że moi nie pałali przyjaźnią w moją stronę, to byli mi bliscy. 
Dlaczego zginęli? Jak?
To była zaledwie namiastka pytań, które krążyły wokoło mnie. 
Czemu nie powiedział, że ma brata? 
Wydawało się, że byliśmy blisko.
Dlaczego tak naprawdę nic o nim nie wiedziałam? 
A Madara?
Kisame nie chciał nic o nim zdradzić. 
Kim był? Co zrobił? Jakie ma lub miał wpływy, że wychwyciłam zawahanie w jego głosie, gdy mówił o Madarze? 
O co w tym wszystkim chodzi z Matsuri? Dlaczego tak bardzo jej zależy na pogrążeniu Nagato?
Zdawałam sobie sprawę, że było to ze sobą połączone w jakiś sposób, ale wiedziałam za mało. Wszystko było czystą zagadką.

Zawsze lepiej mi się myślało, gdy miałam czym zająć własne ręce. I pomimo, że nie chciałam pojawiać się w warsztacie, to właśnie tam się zaszyłam. 
Czułam, że za chwilę rozboli mnie głowa od ciągłego zastanawiania się i snucia fałszywych teorii, które mogłyby pasować do tego, co powiedział mi Kisame. 
I nie mogłam ominąć tego, że w końcu dowiedziałam się, w jakim celu zniknął Itachi. Co prawda, nie wiedziałam, gdzie i kiedy mógłby wrócić, ale to był dobry początek. W jakiś sposób mnie to uspokajało. Ratowanie brata byłoważne. Wiedziałam o tym bardzo dobrze.
W końcu Yuri była dla mnie niczym siostra.
Stwierdziłam ostatecznie, że ciągłe szukanie rozwiązania nie miało sensu, bo niczego nie wymyśliłam. Sprawiało tylko, że co raz mniej rozumiałam z tego wszystkiego. 
Zamiast tego skupiłam się na naprawie czarnego SUVa, który niewątpliwie należał do Akatsuki. Ktoś musiał być niezwykle kiepskim kierowcą, ponieważ cały bok samochodu był wgnieciony. Tak naprawdę trzeba było zamówić nowe drzwi z lewej strony, jeżeli miałby być ponownie używany. Niemniej nie widziałam nic innego do roboty, dlatego wepchnęłam ręce pod jego maskę i grzebałam, byle tylko mieć zajęcie. 
— Nic tam nie znajdziesz — usłyszałam po kolejnych trzydziestu minutach. Uniosłam głowę do góry i spostrzegłam, jak Temari wyjeżdża z bocznych drzwi. 
— Zdążyłam zauważyć — mruknęłam i mimo wszystko ponownie pochyliłam się, kontynuując swoją pracę. 
Usłyszałam, jak tamta podjeżdża bliżej mnie.
— Nie bierz do siebie ostatniej porażki. Może i zjebałaś, ale nie ma co płakać nad tym, co było. 
Zamrugałam zaskoczona i aż z wrażenia upuściłam klucz na ziemię. Cichy łoskot rozniósł się po pustym pomieszczeniu.
Czy ona właśnie chciała mnie pocieszyć?
— Hę? — zapytałam głupio, a moje usta otworzyły się czystym zdumieniu. Usłyszałam tylko, jak prycha z pogardą na moją reakcję i schyla się po ósemkę. 
— Jak zwykle inteligentna odpowiedź. 
Wyciągnęła w moim kierunku narzędzie, a ja powoli je od niej odebrałam. 
— Na razie nikt nie ma żadnego samochodu do naprawy. Więc nie musisz tutaj przychodzić. Przyślę do ciebie Suigetsu albo innego idiotę, kiedy to się zmieni. — Jej twarz nie miała żadnego wyrazu. Nie wydawało się, aby moja obecność jej przeszkadzała ani by była z niej zadowolona.
— Jeżeli to nie problem, zostałabym tutaj. Wolę bezmyślne przeglądanie niż siedzenie w czterech ścianach — powiedziałam z lekkim wahaniem i rzuciłam jej krótkie spojrzenie. Kiwnęła mi głową w niemej zgodzie. 
Mimo to, nie odjechała. Przez kilka chwil siedziałyśmy w ciszy. 
Przypomniała mi się nasza rozmowa po moim pierwszym zwycięstwie. Wspomniała wtedy o Wyścigu Śmierci. Zaciekawił mnie, a jednocześnie przeraził. 
— Kto wtedy zwyciężył? — zapytałam ostrożnie. Ta fascynacja była silniejsza ode mnie.
— Co masz na myśli? 
— Wyścig Śmierci. Kto jest zwycięzcą? 
W odpowiedzi dostałam przeciągłe westchnięcie. Nagle tykanie zegara stało się niezwykle głośne, gdy w napięciu oczekiwałam na jej odpowiedź. Nie wiedziałam, dlaczego tak bardzo pragnęłam to wiedzieć. 
— Pierwszym jest Ogata Kaito — zaczęła powoli. Widziałam, jak objeżdża mnie dookoła i staje bokiem do samochodu. — Wygrał osiem lat temu. 
Kiwnęłam głową, że zrozumiałam. Nie znałam tego nazwiska, jednak nie miałam wątpliwości, że nie raz je jeszcze usłyszę. 
Obserwując ją zobaczyłam, że nagle dziwnie się spięła. Zmrużyłam oczy podejrzliwie i nieco pociągnęłam ją za język:
— A kto wygrał dwanaście lat temu? 
Skrzywiła się nieznacznie, gdy wyraźnie nie chciała się zbytnio podzielić tą informacją. 
— Rasa No Sabaku. — Zmarszczyłam czoło w zastanowieniu. Coś mi to mówiło, jednak nie mogłam sobie przypomnieć, co dokładnie. 
Wtedy jakby dostałam olśnienia.
— Czy to nie przypadkiem…?
Niepewność w moim głowie była wyczuwalna. Ona widząc moje lekkie zmieszanie prychnęła i pochyliła się nieco nad maską. Zaczęła odkręcać zakrętkę do oleju.
— Mój ojciec. 
Tym razem zamrugałam już całkowicie zaskoczona. Kojarzyłam No Sabaku, jako nazwisko Temari, więc zakładałam, że może być to ktoś z nią spokrewniony. Niemniej nie spodziewałam się aż tak bliskiego powiązania. 
— Co się z nim stało? — spytałam wścibsko, gdy ciekawość po raz kolejny się we mnie odezwała. Niemal od razu dostałam jej ostrzegawcze spojrzenie.
— Nie wciskaj się, kurwa, w nie swoje interesy. Jasne, różowa? — warknęła. 
Natychmiast uniosłam ręce w obronnym geście. Byłam zaskoczona, jak bardzo agresywnie zachowywała się, kiedy po raz kolejny zapytałam ją o coś bardziej osobistego. Wiedziałam, że to reakcja obronna. Jednak, co tak bardzo skrywała, że nie chciała choćby odpowiedzieć na proste pytanie? W końcu każdy posiadał rodziców, prawda? Lepszych lub gorszych.
To tylko podsycało we mnie chęć wiedzy, co takiego się wydarzyło. Ale tak, jak powiedziała. 
To nie jest mój interes
Miałam na głowie o wiele więcej rzeczy do przemyślenia niż wtrącanie się w coś, gdzie ktoś sobie tego nie życzy. Nagato i Itachi to było co innego, ponieważ byłam bezpośrednio zaangażowana. Z Temari nie łączyły mnie żadne głębokie relacje ani przeszłość. 
— Chodź — drgnęłam, gdy odezwała się ponownie, bez tej charakterystycznej wrogości. 
Odjechała nim zdążyłam jej odpowiedzieć, więc mogłam jedynie odrzucić ściereczkę, w którą wycierałam ręce i pobiegłam za nią. 
Weszłyśmy do nieznanego mi pomieszczenia. Uprzednio minęłyśmy „jej” prywatny warsztat, w którym spędzałam tyle godzin, a w międzyczasie chwyciła mały pilot z szafki, jak udało mi się zauważyć. Nie wiedziałam po co jej on, dopóki nie nacisnęła przycisku na nim. 
Zamrugałam zaskoczona, gdy jedyna metalowa ściana warsztatu zaczęła się unosić. Początkowo myślałam, że to zwykłe wykorzystanie starego materiału. Ponieważ była zbita z kilku starych tarcz kół, blachy z samochodów czy innych wycinków. 
Umilała mi wygląd przez te parę tygodni, jednak dopiero niedawno zaczęłam na nią zwracać większą uwagę.
W życiu nie spodziewałabym się, że mogłaby być czymś więcej. 
Moje zainteresowanie tym bardziej się wzmogło, gdy dostrzegłam wewnątrz ogromną, wypłowiałą płachtę, która zdecydowanie zasłaniała samochód. Bez przeszkód mogłam to określić po kształcie, jaki układał się pod materiałem. 
Temari jedynie bez słowa wjechała do środka i zatrzymała się przy nim. Wewnątrz nie było niczego więcej. Ściany nie były przykryte przez żadne regały ani na podłodze nie walała się żadna zbędna część, bądź opony.
Sam samochód zakryty szczelnie z każdej strony. 
Kiedy otrząsnęłam się z pierwszego zdumienia, podeszłam jeden krok do przodu. Właśnie ten moment wybrała Temari, aby pociągnąć za krawędź brązowego okrycia i pociągnęła do siebie. 
Wciągnęłam głęboko powietrze zachwycona widząc przed sobą wspaniałe Ferrari F12. To samo, o którym wspominali Yuugo i Siugetsu. 
Lśniło w świetle lamp jaskrawą czerwienią. Nie taką, jak Aston Martin, który wciąż był dla mnie jedynie marzeniem. Nie. Tamten, był ciemniejszy, padał w odcień karmazynu, ale ciemniejszego. 
Ten natomiast przywoływał na myśl czerwone, świeżutkie truskawki, które tak często jadałam w lecie, jednak kolor był stukrotnie bardziej był nasycony. 
Jeżeli Ferrari, to tylko czerwone i właśnie miałam dowód przed oczami, że nie byłam jedyną, która tak uważa. I kiedy przeniosłam wzrok na Temari, przerywając sobie tę przyjemność pochłaniania widoku tego wspaniałego samochodu, bez problemu dostrzegłam na jej ustach uśmiech samozadowolenia. 
— Czemu mi go pokazujesz? — zapytałam lekko zachrypniętym głosem i ostrożnie podeszłam do przodu. 
Nie mogłam się powstrzymać, a moja ręka sama pogładziła lakier na masce tego widowiskowego samochodu. 
— Na pewno nie dlatego, że pozwoliłabym ci nim kiedykolwiek prowadzić — zakpiła.
Wciąż nie pozbyła się tego swojego uśmieszku, który tym razem wydawał mi się bardziej złośliwy. Zacisnęłam usta w wąską linię, jednak nie skomentowałam jej uszczypliwości. Zamiast tego obeszłam powoli maskę i niepewna, czy mogę sobie na tyle pozwolić, chwyciłam za klamkę drzwi. 
— Słyszałam w twoim głosie tę frustrację i niezadowolenie, gdy musiałaś zostawić Mercedesa. 
— I co w związku z tym? — mruknęłam. Nie chciałam wspominać tej sytuacji. 
Zamiast tego otworzyłam finalnie Ferrari i niemal ponownie westchnęłam, obejmując spojrzeniem wnętrze. Najlepszy standard, na jaki było stać tę markę. Czarna skóra, którą obyte były siedzenia zapraszała by tylko zatopić się w niej. 
— Chciałabym cię uświadomić. 
Zmarszczyłam brwi. Nietrudno było się domyślić, że niczego nie zrozumiałam. Jej zadowolona mina mówiła mi, że uwielbia się bawić moją niepewnością i dezorientacją. 
Zamiast się wściec, jak bym normalnie prawdopodobnie zrobiła, ścisnęłam ręce w pięść i powstrzymałam swoją irytację. Wytrzymałam wiele tygodni w jej towarzystwie, jak już raczej nie powinnam liczyć tego czasu w miesiącach. Jedna uwaga w tę czy tamtą stronę, nie powinna robić mi różnicy. Tak samo jej zachowanie.
Dlatego pozwoliłam jej dalej mówić, po tej krótkiej ciszy. Nie dopytywałam, bo wiedziałam, że w końcu sama podejmie temat. W końcu była sobą, nie odpuściłaby tego. 
I w tym momencie uświadomiłam sobie, że w pewnych kwestiach byłyśmy podobne. Być może nie miałam tak wybuchowego temperamentu, jak ona, jednak wciąż łatwo było mnie wynieść z równowagi. Wtedy właśnie nie wahałam się przed działaniem, nie wątpiłam w to, że mogę coś sama zrobić. 
Tak samo było z nią.
Wolała sama coś zrobić, niż czekać i przyglądać się, aż kto inny zrobi to za nią. Dlatego niemal mogłam zrozumieć tę frustrację, którą musiała zawsze czuć, gdy w aktualnym stanie musiała się o wszystko prosić. Niejednokrotnie widziałam, jak ciężko było jej się dźwignąć do maski samochodu.
Niemniej, teraz nie był czas na tego typu rozmyślania.
— Jeżeli znajdzie się samochód, na którym naprawdę zacznie ci zależeć, zrobisz wszystko, by go zachować, bądź odzyskać. Ten Mercedes? 
Machnęła ręką, jakby stał on zaledwie parę kroków od nas, w warsztacie obok.  
— Zapomnij o nim. Może i widać w twoich oczach żal, ale nie tęsknisz za samochodem. Szkoda ci twojego czasu, jaki spędziłaś przy jego naprawie. Spojrzyj prawdzie w oczy i nie szukaj ckliwych wymówek, że to twój pierwszy samochodzik. 
Oblizałam spierzchnięte wargi i nie wiedziałam, co mogłabym powiedzieć. Dlatego milczałam i pozwoliłam jej słowom rozbrzmiewać w mojej głowie. Raz za razem, z każdą sekundą.
I nie musiałam myśleć nad tym długo. Ze ściśniętym gardłem przyznałam jej rację. Czułam, jakby wykpiła mnie od góry do dołu dobitniej niż kiedykolwiek wcześniej. 
Jednak, nie czułam do niej urazy. Bo w głębi serca wiedziałam od początku, że ma rację. 
Nie zaglądałam do warsztatu przez jakiś czas tylko dlatego, że nie chciałam poczuć zawodu, że moje działania zdały się na nic. Tęskniłam za Mercedesem, w końcu wciąż był dla mnie bardzo drogi. 
Jednakże tęsknota w moim sercu nie była tak wielka, jak próbowałam to sobie wmówić.  
Kiwnęłam więc tylko nieznacznie głową, a na mojej twarzy rozciągał się ponury wyraz akceptacji. Obydwie wiedziałyśmy, że miała rację. 

Minęła mi godzina w towarzystwie Temari i jej czerwonego Ferrari. Zaskoczyła mnie swoim gestem. Prawdopodobnie nigdy nie przypisałabym tej kobiecie tego, że kiedykolwiek pokaże mi tak bardzo ważny dla siebie samochód.
Doskonale zdawałam sobie sprawę, tak, jak i ona, że już nigdy nie będzie jej dane pojechać tym samochodem. Nie mogłam sobie wyobrazić tego uczucia, gdybym to ja była postawiona w takiej sytuacji, w jakiej stawiały ją aktualne okoliczności. 
Wiedziałam, że nigdy nie zdecydowałaby się na jego modyfikację, by dostosować wszystko do dwóch kikutów, które pozostały wspomnieniem jej pełnosprawności.
Widziałam tylko jej obojętny wyraz, mieszający się ze skrywaną determinacją, którą od jakiegoś czasu potrafiłam wyczytywać z jej twarzy. 
Czując, jak bardzo głowa zaczyna mi pulsować od nadmiaru wrażeń, wyszłam stamtąd. Oczywiście uprzednio będąc stamtąd wygnana przez jej wzrok ciskający piorunami. 
Ostatecznie nie spodobał jej się fakt, że chciałam włożyć swoje „niezdarne łapska” w maskę jej samochodu. Choć jedynie przymierzałam się do jej otwarcia i oglądnięcia wszystkiego z wierzchu.
Dla niej nie miało to znaczenia. 
Przetarłam dłońmi twarz i zatarłam oczy w paskudnym przyzwyczajeniu. Byłam święcie przekonana, że kiedyś doprowadzi mnie to do nieszczęśliwego wypadku ze smarem lub innym przekleństwem. 
Musiałam znaleźć Nagato i przedyskutować z nim kwestię mojego straconego wozu. Wiedziałam, że lada moment Temari może rzucić w moją stronę ofertę wyścigu, którą musiałabym przyjąć. Bez samochodu ciężko bym wygrała. 
Rower raczej nie jest odpowiednim transportem, parsknęłam na własne myśli. Oczywiście najpierw musiałabym jakiś znaleźć, co też nie byłoby proste. Niemniej na pewno o wiele łatwiejsze bez niczyjej pomocy.
Idąc do centrum dowodzenia moje myśli zaprzątały jednak nie tylko te zmartwienia. Nie mogłam zapomnieć tego, z czym podzielił się ze mną Kisame, a niepokój wyżerał mnie od środka. Miałam okropne przeczucia co do tego, kim był ten cały Madara. Już sama kwestia tego, że jego psychopatyczna żonka powzięła sobie mnie za cel sprawiała, że dreszcze same pojawiały się na moim ciele. Nie mogłam zapomnieć o gniewie ani o innych gwałtownych uczuciach, które we mnie zbudzała. 
W takim razie, jakim on musiał być człowiekiem? Do czego w on dążył, skoro pozwalał jej na takie działania? 
Jaki stosunek do tego miał Itachi? A jego brat? Dlaczego skrywał jego istnienie? 
Te same pytania, co wcześniej, krążyły i krążyły. Nie mogłam się ich pozbyć, a odpowiedzi nie przychodziły.
Byłam na dobrej drodze by doprowadzić siebie do jeszcze większego bólu głowy. 
Westchnęłam więc zirytowana i weszłam w głąb ogromnej kopuły. Przywitały mnie już z daleko przytłumione głosy, chichoty i stukanie w klawiaturę. Dawno nauczyłam się nie zwracać uwagi na ciekawskie spojrzenia, które wędrowały za mną na każdym kroku. 
Z daleka dostrzegałam już kontuar, za którym niezmiennie siedziała wiecznie zapracowana Hinata. Jednak oprócz niej była tam tylko jeszcze jedna osoba, której widok wywoływał na mojej twarzy kwaśny grymas. 
Wciąż nie rozprawiłam się z nim, z jego ostatniego zachowania. Nasza konfrontacja musiałaby kiedyś dojść do skutku. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż ani razu nawet nie pomyślałam o tym, co chciałabym mu dokładnie wygarnąć. Nie chciałam wyjść na rozhisteryzowaną dziewczynkę, która boi się byle natrętniejszego podrywacza. Chciałam dać mu jasno do zrozumienia, by dał spokój swoim nieudolnym staraniom. 
Z jednej strony może to i lepiej? Jeśli nie będę miała czasu na zastanawianie się, moje słowa będą ostrzejsze i o wiele bardziej dobitne. Nie zależało mi na jego stosunku do mnie. W tym momencie czułam jedynie zaciętą determinację. 
Jednak mój zapał z każdym krokiem malał, gdy byłam w stanie dostrzec wyraz jego twarzy. 
Był całkowicie zimny, odcięty od rzeczywistości dla całego jego otoczenia. Niemal wyczuwałam dystans, jaki starał się utrzymać dookoła siebie, a atmosfera jaką wywoływał definitywnie odstraszała. 
Zmarszczyłam z niepokojem brwi obserwując jego zachowanie, tak bardzo niepodobne. Przekładał w rękach naboje do własnego pistoletu, jak się domyśliłam, gdy leżała ona zaledwie cale od jego prawej dłoni. 
Moje wcześniejsze zamiary odeszły całkowicie w niepamięć. Uczucie lekkiego strachu niemal sprawiło, że odwróciłam się na pięcie i uciekłam. Dawno nie czułam takich emocji, które właśnie we mnie wywołał.
Wzdrygnęłam się niekontrolowanie, gdy podniósł swój wzrok na mnie. Był tak bardzo lodowaty i odpychający, że zupełnie nie przypominał tego samego mężczyzny, który tak uparcie napadał mnie za każdym razem.
Nim zdążyłam wypowiedzieć choćby niepewne słowo, on w ciszy wstał i nie zaszczycając mnie ani jednym spojrzeniem odszedł w przeciwnym kierunku. 
Uchyliłam usta, a głos ugrzązł mi w gardle. Nie miałam pojęcia co mogłabym powiedzieć. Nie byłam w stanie zebrać się na to, by zawołać go choćby po imieniu. 
Zaskoczył mnie.
— Zignoruj go.
Drgnęłam, gdy pewny głos Hinaty dotarł do moich uszu. Odwróciłam się w jej kierunku wciąż skonsternowana i zszokowana. Widziałam tylko jej profil, gdy wciąż wpisywała coś w komputerze. Wzrok miała w pełni skupiony na ekranie przed nią. Niemniej nie umknęły mojej uwadze szybkie spojrzenia, jakie posyłała w moją stronę. 
— Co mu jest? — zapytałam i machnęłam ręką w kierunku, w którym odszedł. — Nie żeby mi to przeszkadzało, ale… — urwałam nie wiedząc, co mogłabym powiedzieć więcej. 
Ona jednak zrozumiała. 
Kiwnęła krótko głową i drapiąc się z ciężkim westchnięciem po podbródku, opadła na siedzenie. Jednym ruchem obróciła się w moją stronę i mogłam dostrzec na jej twarzy pierwszy raz czyste zmęczenie. Odłożyła na bok okulary w delikatnej oprawie, które zakładała jedynie sporadycznie i ucisnęła nasadę nosa. 
— Czasem miewa takie humorki. Nie rób sobie nadziei. Najpóźniej jutro będzie znów taki, jak zwykle. 
Nie odpowiedziałam. Byłam w stanie tylko ponownie przejechać dłonią po twarzy czując frustrację, że jeszcze więcej niewiadomych pojawiało się na mojej drodze. 
Nie żeby ten zboczeniec Hidan był moim największym priorytetem. Nie mogłam jednak zignorować jego dziwnego zachowania.
Mdłe wspomnienie mignęło mi przed oczami. 
Już był taki kiedyś, przypomniało mi się. Zaraz po tym, jak tutaj trafiłam również spotkałam tę stronę jego osobowości. Może nie była to tak wielka przepaść, w jaką, o mało co, sama się nie rzuciłam, ale wciąż pamiętam jego charakterystyczne chłodne podejście.
— Potrzebujesz czegoś? 
Odetchnęłam głęboko, gdy zostałam wyrwana z rozmyślań przez Hinatę. Wciąż siedziała zwrócona w moją stronę, a ja nieświadomie wbijałam wzrok w jej granatową koszulkę. 
— Wiesz, gdzie jest Nagato? — Stwierdziłam ostatecznie, że powinnam się też zainteresować rzeczywistym powodem, dlaczego się tutaj znalazłam. 
— Zaraz wróci. Miał… — przerwała na chwilę, gdy dojrzała coś zza mojego ramienia. — Idzie.
Wskazała wzrokiem za mnie i niemal od razu chwyciła za okulary. Oglądając się za siebie zdążyłam dopatrzeć się, jak zakłada je na nos i po raz kolejny wraca do pracy. 
Tak, jak wspomniała, Nagato szedł pewnym krokiem w moją stronę, a pod pachą trzymał średnich rozmiarów pudło. W drugiej ręce zwinięty miał w rulon pokaźną liczbę kartek. 
— Wszystko w porządku? — zapytał, gdy tylko znalazł się w pobliżu. Kącik jego ust uniósł się w delikatnym uśmiechu, ale brew powędrowała w drwiącym wyrazie twarzy do góry. 
Miałam ochotę westchnąć z irytacją. Niektórych nawyków jednak człowiek się nie pozbywa. 
— Miałabym do ciebie sprawę. 
Skubnęłam nerwowo skrawek bluzki, nie wiedząc, jak mogłabym zacząć ten niewygodny dla mnie temat. Nie czułam się komfortowo prosząc go o kolejny samochód. Mimo, że pierwszy sam z siebie mi załatwił.
— To porozmawiamy o tym w czasie treningu. Chodź.
— Teraz? — Uniosłam zdziwiona brwi.
On w tym czasie odstawił już dawno karton na blat i przesunął go w kierunku kobiety przy komputerze. Uderzał kartkami o swoją dłoń, a jego twarz wykrzywił kpiący uśmieszek.
— Tak, teraz. Mam akurat wolną chwilę. 
Mruknęłam coś niezrozumiale. Dopiero jutro mieliśmy mieć kolejny sparing i niekoniecznie miałam aktualnie ochotę wyciskać z siebie siódme poty. Bo przy nim nie można było inaczej. 

— To o co chodzi? 
Uderzałam w skórzane bloki, które trzymał przed moją twarzą. Nie odzywałam się długi czas, pozwalając płynąć myślom. 
Czułam każdy mięsień i kropelkę zmęczenia, które spływały po całym moim ciele. Musiałam niechętnie przyznać, że wysiłek fizyczny był dobry, nie ważne w jakiej sytuacji. 
Byłam niezaprzeczalnie stłamszona wszystkim, co się działo dookoła mnie. Cała wściekłość z przegranego wyścigu, frustracja z niewiedzy i echo zaskoczenia odzwierciedlały się w każdym kolejnym ciosie. 
Wdzięczność do Nagato była za każdym razem większa, gdy ani razu jego ramiona nie zadrżały, pod wpływem wkładanej przeze mnie siły. Utrzymywał mój cel w niezmienionej pozycji i czekał. 
Ostatecznie zaczerpnęłam dużego haustu powietrza, robiąc sobie przerwę. Mimowolnie przetarłam ręką po spoconym czole. 
Nie wiedziałam, jak mam zacząć, więc stwierdziłam, że bycie bezpośrednią jest najlepsze. 
— Potrzebuję nowego wozu. — Zagryzłam wargę, gdy zobaczyłam, jak jego brwi podjeżdżają niesamowicie wysoko w górę. 
— A co z Mercedesem? 
Odrzucił wypchane „tarcze”, a one z niemałym hukiem opadły na podłogę. Poczułam niespodziewaną satysfakcję, gdy dostrzegłam, jak masuje swoje nadgarstki. Moje wypchnięcia musiały być o wiele mocniejsze niż zakładałam.
— Nie słyszałeś o mojej porażce? — zapytałam gorzko i zapięcia do moich rękawiczek ochronnych nagle stały się bardzo interesujące. 
— Nie słyszałem nic o samochodzie. 
Oparł jedną rękę o biodro, a na jego twarzy mogłam zobaczyć wyczekiwanie. Warknęłam sfrustrowana doskonale zdając sobie sprawę, czego chce się dowiedzieć. 
— Musiałam go porzucić na parkingu policyjnym. — Ściągnęłam jedną rękawiczkę, chcąc się czymś zająć i nie musieć na niego patrzeć. — Stratowałam wjazd, by przejąć auto.
— Sakura, Sakura — westchnął ni to z irytacją, ni z rozbawieniem. 
Nadęłam policzki niczym obrażona dziewczynka przypominając sobie identyczną scenę z dzieciństwa. Poprosiłam wtedy o nową zabawkę, a on zażądał wyjaśnień. Musiałam mu powiedzieć, dlaczego mój ulubiony samochodzik, który dostałam od niego na urodziny, jest całkowicie zniszczony. 
Miałam tę samą minę. Teraz jednak tłumaczyłam się ze straty o wiele bardziej kosztownego samochodu. 
Mały uśmiech sam pojawił się na moich ustach, gdy to wspomnienie samo wypłynęło na wierzch. Nagato na ten niewymuszony i całkowicie szczery gest, odwzajemnił go. Beż żadnego sarkazmu czy wyrzutu, prawdopodobnie też przypominając sobie tę sytuację. 
Wciąż go kochałam tak samo mocno, jak to małe, sześcioletnie dziecko. 

Ten trening przydał mi się też w jednej rzeczy. Uderzając tak raz za razem, przyszedł do moich myśli pomysł. 
Skupiając się przy wyprowadzaniu pięści, lewej czy prawej, analizowałam każdy dotychczas podjęty krok. Stawiałam sobie priorytety i starałam się choć trochę pomyśleć o moich kolejnych posunięciach.
Uświadomiłam sobie, że ostatnimi czasy mój świat zamknął się zaledwie do kilku pomieszczeń. Mojego pokoju, warsztatu, toru, sal treningowych. 
Nie żyłam niczym innym, bo nie chciałam żyć. Wciąż zastanawiałam się, czy wciąż posiadałam, jakiekolwiek pokłady energii, nadziei, które mogłyby… Dać mi tę siłę, której tak mocno potrzebowałam. 
Mimo to, chciałam spróbować zrobić coś więcej niż wegetować z dnia na dzień. 
Zacisnęłam mocno powieki, gdy łzy niekontrolowanie cisnęły mi się do oczu. 
Nie mogłam pozwolić by rozpacz zawładnęła całkowicie moim życiem. Prawdopodobnie nigdy już nie pogodzę się z tym co się stało. 
Och, sapnęłam. Tak naprawdę nie chciałam dopuszczać do siebie tego, co działo się w najmroczniejszych zakamarkach mojego umysłu. To było niczym puszka Pandory, która raz otwarta, niosła by na mnie tylko samą tragedię. 
Dlatego byłam wdzięczna między innymi Temari za to, że zaangażowała mnie. Wyścigi, w których brałam udział, przygotowania do nich… One w pewien sposób pozwoliły mi wydostać się, co prawda może nie całym ciałem, ale wychylić choć głowę, z tego żelaznego kokonu apatyczności. 
Dzięki niej, Ino i innym osobom byłam w stanie zebrać się na szczery uśmiech, który był jednocześnie zbawieniem i moim największym wyrzutem sumienia. 
I tym pomysłem był znak rozpoznawczy. Wiedziałam, że przede mną długa droga. Zarówno w odnajdywaniu samej siebie, jak i na ścieżce tych wszystkich wyścigów. 
Ale pragnęłam spróbować. 
Uczucie, które czułam, gdy Shinohara zabierał moją szczęśliwą szarfę zwycięstwa, podsunęło mi odpowiednią myśl. 
Zamierzałam z niej skorzystać.



Shayen:Na początek chciałam wszystkich niezmiernie przeprosić za tak długą zwłokę. 
Nie spodziewałabym się, że będę w stanie tak bardzo zaniedbać was i obietnicę, którą sobie (jak i wam) złożyłam. 
Może to usprawiedliwianie się, bo czasu miałam trochę wolnego, ale na obronę mam wieczną tarczę zwaną studiami. 
Miałam tak ciężki tydzień w „poprawnym” terminie 20-stki, że przesunęłam publikację tak mniej-więcej na za tydzień. Miał w tym wkład oczywiście też wyjazd do Warszawy. Po powrocie też było kilka stresujących dni, a gdy w końcu przetrwałam to, co miałam (miejmy nadzieje, że z sukcesem) byłam cała szczęśliwa, że mogę odsapnąć. 
Ah, no i święta. Chyba każdy zna ten czas? XD
I tak to trwało do dzisiaj.
Ale zobaczyłam wasze komentarze, na które wciąż nie odpowiedziałam (zrobię to, obiecuję!) i coś mnie ścisnęło za serce (TAK POCZUCIE WINY, TO TY!), że stwierdziłam, że nie ma bata. 
Siadłam, zakasałam rękawy i nie ważne która miałaby być godzina, skończę go DZISIAJ. No, jest półtorej godziny po czasie i mamy już Wigilię. 
Jeszcze nie sprawdzony co prawda, ale publikuję od razu. Nie ma tak wielkiej tragedii, chyba. Jutro bądź w pierwszy dzień świąt poprawię go. 
Mam nadzieje, że mi wybaczycie?
 
I od razu chciałabym wam życzyć wszystkiego, co najlepsze!
W końcu 24 grudnia, nie? 
(zdradziecki blogspot mówi 23, uh)
Święta już nadeszły i mam nadzieję, że każde z was spędzi je w gronie najbliższych. Że doświadczy najpiękniejszych uśmiechów, mocnych i pełnych miłości uścisków oraz tak rodzinnej atmosfery, jaką można poczuć tylko teraz. <3 

Dziękuję wszystkim, że byliście ze mną w tym roku i mam nadzieje, że jeszcze przez wiele lat będziemy mieć okazję wpadać do siebie nawzajem na blogi, czytać, komentować. Te wspomnienia zostaną ze mną na zawsze! <3 
Może brzmi to ckliwie, ale mam to gdzieś. Tak czuje i już.

Wesołych Świąt kochani!


ps. Rozdział postaram się dać już tym razem terminowo w następną sobotę. Chyba nie zamieszałam za bardzo? c:

5 komentarzy:

  1. Twój rodział to najleszy prezent pod choinkę. ;* dziękuję Ci bardzo!
    Każdy ma prawo do spóźnienia. Także nie przejmuj sie i głowa do góry.
    Co do rozdziału to był ekstra! Niby spokojny, ale w końcu Sakura dowiedziała się czegoś na temat Itachiego! I super że ma taki kontakt z Kisame. Nigdy nie zwracałam na niego zbytnio uwagi, ale dzięki Tobie bardzo go polubiłam. :)
    I Temari... W końcu poznaliśmy jakąś część jej przeszłości. I to ferrari... Mmmmm.... Delicje....
    Jeszcze raz dziękuję za ten rozdział! Dzięki niemu czuję się pełna. :* Bo zaglądałam tu 15 razy dziennie. ;)

    Życzę Ci również wesołych świąt w rozinnym gronie oraz obyś nigdy nie przestała mieć weny. Spełnienia marzeń i duuuużo uśmiechu.
    <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Lepiej trochę dłużej poczekać na porządny, dobrze napisany rozdział, niż czytać byle co.
    W Twoim przypadku zawsze warto poczekać na nowy rozdział, bo nigdy nie zawodzisz <3
    Rozdział był dosyć spokojny, mam wrażenie, że to cisza przed burzą. Ciekawi mnie co knuje Hidan i jakie autko dostanie Sakura ;)
    No i w końcu daj nam tego Itachiego :DD Ja już nie mogę się doczekać ich spotkania :>
    Wszystkiego co najlepsze na nowy rok! <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Kisame! <3 Uwielbiam go w anime, w Twoim opowiadaniu również. Choć niestety nie pojawia się zbyt często.
    Taki trochę, wujek dobra rada :D I to jaki wujek! :D
    Podoba mi się również relacja Sakury z Painem, jednak mam przedziwne wrażenie, iż nasz szefunio coś przed swoją siostrzenicą ukrywa. Jestem ciekawa co.

    Ściskam Cię mocno, w tym tym, ciągle całkiem nowym roku :D
    Buziaki !

    OdpowiedzUsuń

Na podstawie Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631 oświadczam, że wszelkie prawa do publikowanych przeze mnie materiałów należą wyłącznie do mnie i niniejszym nie udzielam zgody na wykorzystywanie moich materiałów do jakichkolwiek celów bez mojej zgody.