Szablon stworzony przez Shayen

08 grudnia 2018

Ch 19

Siedziałam pod ścianą w garażu i wpatrywałam się w mój samochód. Był już dawno gotowy. Spędziłam nad nim przynajmniej dwanaście godzin, ale wiedziałam, że zrobiłam przy nim wszystko, co było konieczne. 
Odchyliłam głowę w tył, bawiąc się w ręce kluczem, a ciężkie westchnięcie wyszło z moich ust.
Czułam się ostatnio dziwnie. Pusta, a mimo to, gdzieś w tam świadomości pozostawały rzeczy, którymi należało się zająć. 
Wczoraj, po tym jak Temari zupełnie mnie zlała i odjechała, siedziałam prawie całe popołudnie sama. 
Nie dziwiłam się w żadnym stopniu jej reakcji. W końcu zapytałam ją o coś osobistego. Wątpiłam, by chciała się tym dzielić z kimkolwiek.
A jednak coś mnie podkusiło o wścibstwo. Nie wiedziałam, czy to była litość, czy po prostu zwykła ciekawość, co takiego kryło się pod tą maską twardej kobiety. 
Nie było sensu siedzieć i głowić się nad tym. Celu w tym nie było żadnego.
Zamiast tego powinnam się przejąć kolejnym wyścigiem, który Temari otrzymała prawie natychmiast, po mojej spektakularnej wygranej. 
Dzisiaj rano wjechała z ponurą miną i warcząc niemal na każdego, kazała mi iść za sobą. Otworzyła bagażnik Mercedesa i nie patrząc na mnie nawet przez chwilę, kazała sprawdzić nitro. 
Siedziała wtedy nie odzywając się przynajmniej przez dziesięć minut. Po tym oznajmiła obojętnym tonem, że ktoś miałby do mnie interes. 
Zaproponowano jej, bym przejęła samochód wart ponad półtora miliona, który został skonfiskowany przez policję. Akcja miałaby być w sobotę, czyli po jutrze. Szczegóły miały zostać nadesłane smsem. Dodatkowym utrudnieniem miała być obecność jeszcze trzech innych kierowców. Kto pierwszy, ten lepszy.
Mówiąc mi to, od razu wiedziałam, że nie przyjmuje jakiejkolwiek odmowy. W tym momencie liczyło się wszystko, bym tylko uzyskała odpowiedni rozgłos. 
Wzruszyłam wtedy ramionami i nie powiedziałam ani słowa. Atmosfera między naszą dwójką wydawała się bardziej napięta niż zwykle. 
Odetchnęłam i przetarłam zmęczone oczy. Mimo, że nie miałam na to żadnej ochoty musiałam się zbierać, ponieważ za godzinę czekał mnie trening z Nagato. 

W dniu wyścigu klasycznie zostałam wzięta przez Ino, by się przygotować. Tym razem nie pozwoliłam jej wcisnąć się w jakąkolwiek kieckę i sama wyrwałam z szafy skórzane spodnie. Ino była nieco drobniejsza ode mnie, dlatego opinały się one ściśle na moich nogach. Zabrałam również od niej pasy na noże, które tym razem już jawnie zapięłam na udach. Stojąc w samym staniku w pokoju jej i Kiby, zapytałam:
— Tym razem Nagato również będzie oglądał? — Zagryzłam nerwowo wargę.
Po ostatnim wyścigu dał mi cholernie mocny wycisk. Pamiętał wciąż o mojej kontuzji, ale na treningach i tak wymagał ode mnie o wiele więcej, niż zwykle. Ruda małpa lubiła mścić się, kiedy ktoś nie posłuchał jego rozkazów. Odkąd pamiętam, zawsze taki był. 
— Nie wiem. — Ino wzruszyła ramionami i zapięła zamek białej sukienki. — Jak chcesz z nim porozmawiać, możemy zajść po drodze do centrum dowodzenia lub jego gabinetu. 
Potaknęłam jej. 
Schyliłam się nieco w dół, chcąc przejrzeć kolekcję jej butów. Nie wiedziałam, po co jej te wszystkie ubrania i dodatki, ale w tym momencie niemal czułam beztroskę, mogąc wybierać tak błahe rzeczy. 
— Mogę wziąć te? — spytałam i uniosłam w górę parę czarnych, eleganckich sandałów na obcasie. 
— Bierz i nie pytaj. — Zaśmiała się i klepnęła mnie w udo. — W sumie, z tego co mi wiadomo, masz do wydania kilka tysięcy. Chętna na jakieś zakupy?
— Bo ci uwierzę, że rzeczywiście będziesz chciała cokolwiek kupić. — Szturchnęłam ją zaczepnie. Uśmiechnęła się do mnie kącikiem ust. 
— Masz mnie. 
— Wciąż nie wiadomo nic o Itachim? — wymsknęło mi się nagle. Zagryzłam wargę widząc, jak odkłada ciuchy na bok i zaczyna mi się uważnie przypatrywać.
— O co w ogóle chodzi między wami, co? 
Uniosła brwi i skrzyżowała ręce na piersi, oczekując odpowiedzi. 
Miałam ochotę przekląć siebie za tę niecierpliwość, która cały czas kotłowała się wewnątrz mnie. Z drugiej strony, ktoś by mi się dziwił? Cały czas dostaję wymijające odpowiedzi. Głównie ze strony Nagato, który jest jedynym źródłem, co do tego, gdzie Uchiha podziewa się naprawdę.
Chwyciłam pierwszą z brzegu czarną bluzkę i zaczęłam miętosić jej brzeg w rękach.
— Pocałowaliśmy się kilka razy. — Stawiłam na szczerość.
Usłyszałam, jak wciąga głośno powietrze.
— Oho. Ten to ma odwagę — mruknęła i zachichotała ucieszona. 
Spojrzałam na nią z niemym rozbawieniem, a jednocześnie konsternacją. 
— Co masz na myśli?
— To, że jesteś powiązana bezpośrednio z naszym szefuniem. 
Mrugnęła do mnie i usiadła na łóżku, opierając się rękoma za sobą. Niemal widziałam jej uciechę, która chciała się wyrwać o wiele bardziej, niż to pokazywała. 
— No i? — Westchnęłam i przyglądając się materiałowi w moich rękach, stwierdziłam, że się nada. Założyłam bluzkę przez głowę. 
Sięgała mi do pępka. Poprawiłam paseczki na talii, które zawinęły się między sobą. Finalnie przecinały się w czterech miejscach, ładnie podkreślając moją figurę. 
— Pain łatwo pozbyłby się kogokolwiek, gdyby cię zranił. Co do tego nie mam wątpliwości. I mogę się założyć, że Itachi też nie. 
Jej słowa wywołały pewną nadzieję wewnątrz mnie. Skoro tak, to chyba nie narażałby się bezpodstawnie, prawda? 
Boże, jak to brzmi, pomyślałam. Przecież ledwo się znaliśmy. Nawet jego przeszłość pozostawała dla mnie zagadką. Poznałam go jako osobę odpowiedzialną, silną, stanowczą, ale tak naprawdę, ile o nim wiedziałam? 
Na dodatek teraz zniknął. Nie było go ani nie miałam z nim żadnego kontaktu. 
Co więc znaczyły te wszystkie pocałunki? Na dodatek dawane w pośpiechu?
— Wiesz coś o nim, czy nie? — Założyłam ręce na biodrach, patrząc na nią przeciągle. Pokiwała mi palcem w wyrazie nagany.
— Ależ zrobiłaś się bezczelna. Za to cię uwielbiam. — Mrugnęła zaczepnie. Przekrzywiłam głowę w bok, wciąż czekając. — Nie, nic mi nie wiadomo. Tak, jak mówiłam. Jedyne dane w komputerze, to te, które już ci przekazałam. Nikt, oprócz Kisame, też nie jest zbyt blisko z nim, więc tak naprawdę tylko on i Pain mogą znać konkrety. 
Kiwnęłam jej głową na zrozumienie. 
Szkoda, że nie wiedziałam wcześniej o Kisame. W końcu widziałam się z nim niemal codziennie w strzelnicy, gdy szłam trenować rzuty. Mieliśmy zaledwie kilka godzin do wyścigu, więc musiałam przełożyć rozmowę z nim.
Wiedziałam, że Nagato nie piśnie mi ani słówkiem. Napierałam na niego w tej kwestii wiele razy i ani razu się nie ugiął. Miałam czasem po dziurki w nosie jego upór. 
Było to rodzinne. 

Szłyśmy korytarzem i pierwszym naszym przystankiem było centrum dowodzenia. Jednak tam zastałyśmy tylko Hinatę, która była już gotowa na nasz wyjazd. Miałyśmy być w kontakcie tak, jak ostatnim razem. 
Brak Nagato już był dla mnie wskazówką, że tym razem chyba da mi wolną rękę. Troszkę mnie to zdziwiło ze względu na jego ostatnią nadgorliwość. I właśnie dlatego nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. 
W rezultacie poszłyśmy z Ino do kolejnego miejsca, w którym mógł się ukrywać. 
Ku naszemu rozczarowaniu stałyśmy na korytarzu przed jego gabinetem jakąś chwilę, ale nikt nam nie otworzył.
— Jeśli tutaj go nie ma, to może być wszędzie. — Westchnęła ciężko i rozłożyła ręce na boki. — Chodź. Najwyżej dowiesz się w trakcie, czy zaszczyci nas swoją uwagą czy nie — mruknęła. 
Powstrzymałam uśmiech wypływający na moje usta. Ino zawsze zdawała się swobodna w stosunku do niego, co nieco mnie bawiło.
Wiedziałam, że miała rację. W tym przypadku, to była najprostsza droga, do uzyskania odpowiedzi. Jednak zanim za nią ruszyłam, zastanowiła mnie jedna rzecz.
— Idziesz? 
Ino zdążyła odejść kilka kroków, gdy ja z uporem maniaka wpatrywałam się w czytnik magnetyczny przy drzwiach. I zamiast jej odpowiedzieć sięgnęłam po swoją kartę. Kątem oka widziałam, jak tamta unosi brew i krzyżuje ręce na piersi. Nie powiedziała ani słowa. 
Przejechałam moją przepustką i ku mojemu zaskoczeniu, coś kliknęło w drzwiach. Uśmiechnęłam się zaskoczona do Ino i pociągnęłam za klamkę. 
— Nie możliwe. — Usłyszałam tylko, zanim otworzyłam drzwi na oścież. 
Samozadowolenie nie znikało z mojej twarzy. Miałam rację. 
W końcu mówił, że załatwi mi wejście do innych miejsc
Wewnątrz jednak nie było nikogo. Z zaciekawieniem rozejrzałam się po pomieszczeniu jeszcze raz. Miałam okazje być tutaj zaledwie dwu, czy trzykrotnie. 
Uniosłam brew widząc prawie, że pustą karafkę z whisky na małym stoliczku. 
— Nie wiem, czy to dobry pomysł, byśmy tu były — stwierdziła Ino opierając się ramieniem o framugę. Niemniej nie mogłam nie zauważyć, jak uważnie lustruje otoczenie. 
Wzruszyłam ramionami i przyznałam jej w duchu rację. 
Wolałam nie być tutaj bez wiedzy Nagato.

Tym razem znaleźliśmy się w innej części miasta. Była godzina dwudziesta pierwsza, więc drogi były jeszcze zapełnione. Ku mojemu zaskoczeniu nie było żadnej wielkiej imprezy, jak ostatnio. 
Wjechaliśmy na długi podjazd, do naprawdę drogiej posiadłości. Sztuczne palmy stały w donicach, po obydwu stronach, prowadząc prosto do żelaznej, kutej bramy. 
— Komuś tutaj palma odbiła do głowy — mruknęła Ino. Uśmiechnęłam się pod nosem. Gdy przepuszczono nas na teren, niemal westchnęłam z zachwytu. 
Po prawej i lewej stronie rozciągał się ogromny, gęsty trawnik, oświetlony pojedynczymi lampkami. Krzewy kolorowych kwiatów pięknie uzupełniały całość, tworząc szykowną elegancję. 
Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie określić takim mianem ogród. 
Żwirowa ścieżka zawijała się parę razy, aż w pewnym momencie wyjechaliśmy zza górki, która zasłaniała częściowo dom.
Nie, nie dom, pomyślałam. Willę.
Miała trzy piętra i w ciemności, oświetlona tymi wszystkimi lampami zapierała dech w piersiach. Była cała biała, a każde piętro otaczała balustrada balkonu z okrągłymi kolumienkami. Nie chciałam wiedzieć, jak wiele pieniędzy zostało tutaj utopionych. 
— Mogłabym tutaj zamieszkać. — Westchnęła Ino, a jej oczy wręcz błyszczały. 
— Raczej nie — parsknęła Temari na jej zachwyt. — Facet jest nieźle popierdolony. Uwielbia bić i znęcać się nad wszystkim, co żyje. 
Coś ścisnęło mnie za gardło, gdy powiedziała to grobowym tonem. Nagle cały ten luksus przestał być da mnie taki atrakcyjny. Nie mogłam przeoczyć również tego, jak Ino się wzdrygnęła. 
Stanęliśmy przed ogromną fontanną, wokół której owijał się podjazd. Stały już tam trzy inne samochody. Zmrużyłam oczy widząc czerwonego Astona Martina. Niemal zadrżałam na myśl, że mogłabym go dotknąć. Był wspaniały. 
Vanquish S był moim marzeniem, odkąd pierwszy raz go ujrzałam w Internecie. A teraz stał zaraz obok. 
Przygryzłam wargę i ze wzrokiem wbitym w niego, wyszłam z samochodu. Usłyszałam przeciągłe gwizdnięcie, więc z niechęcią przeniosłam swoją uwagę na jakiegoś starszego faceta przy granatowym Audi. 
Bynajmniej obleśny uśmiech oraz łysa głowa nie zachęcały do zaznajamiania się z typem. 
— Morda, Yuu. — Chłodny głos Temari ciął niczym nóż. 
— Temari, jak zwykle pyskata. 
Uśmiechnął się w jej kierunku przerażająco i poprawił kaburę z bronią przy pasie. Przez jedną sekundę dłużej zawiesił wzrok na dwóch kikutach, które zostały jej z nóg. Nie zmienił jednak wyrazu twarzy. Spięłam się, gdy ponownie zyskałam jego uwagę. Zmierzył mnie od góry do dołu. 
Uniosłam głowę wyżej i odeszłam do Temari, muskając raz na jakiś czas ostrza na mojej nodze. 
Mimowolnie uciekłam spojrzeniem również na pozostała dwójkę. Pierwszy z nich był średniego wzrostu szatynem i całkowicie nie interesował się tą potyczką słowną. Jego wzrok skupiony był na trzymanej w ręce komórce.
Ostatni natomiast sprawił, że poczułam wewnątrz siebie niepokój. Jego zielone oczy uważnie oceniały każdy mój ruch. Miał na krótko przystrzyżone włosy, a grzywka od czasu do czasu leciała mu na twarz. Widziałam, jak niecierpliwie poprawia ją za każdym razem. 
Zmarszczyłam czoło, dochodząc do wniosku, że skądś go kojarzę. Nie spotkaliśmy się bezpośrednio, to jest pewne. Miałam dobrą pamięć do osób. Nie mniej, nie pocieszało mnie to w żadnym przypadku. 
— Jak widzę, jesteśmy już wszyscy. 
Zacisnęłam rękę na rękojeści noża zaskoczona głosem znikąd. Zaraz jednak, spomiędzy krzaków nieopodal, wyszedł starszy mężczyzna. 
Pomimo wieku, był bardzo przystojny. Miał może pięćdziesiąt parę lat. Ubrany w ciemny garnitur oraz z ciemnymi włosami przyprószonymi siwizną, zaczesanymi gustownie na bok, nie wydawał się osobą zdolną do sadystycznych zapędów. 
Uraczył nas szerokim uśmiechem.
— Cieszy mnie to, że przyjęliście moją ofertę. Zwłaszcza nasz debiutujący kwiat. — Zachowałam neutralny wyraz twarzy, gdy wymownie spojrzał w moim kierunku. — Jak się nazywasz?
Nie odpowiedziałam od razu. Wytrzymując ciężką atmosferę, która znikąd zgęstniała, przedstawiłam się po chwili.
— Sakura, miło mi. — Skłoniłam delikatnie głowę, wciąż patrząc prosto w jego uważne oczy. Nie zamierzałam podawać nazwiska. Nie było istotne.
Kurze łapki pojawiły się przy nich, gdy uraczył nas kolejnych uśmiechem. 
— Jakże pięknie. Ren Hazui. Pozwól, że przedstawię ci resztę. — Kiwnął głową w kierunku łysego mężczyzny. — Tatsuya Yuu, Souta Ryoichi — jego ręka wskazała na mężczyznę, który wcześniej nie wydawał się zupełnie zainteresowany otoczeniem. Teraz jednak krótko skinął mi głową i oparł się o swój samochód. Nie mogłam nie zauważyć żółtego Porsche. Niemal krzyczało o swoją uwagę. 
Niemal, ponieważ o wiele bardziej mój wzrok przyciągał czerwony wóz obok. 
— Oraz Huaze Lei. — Uniosłam brwi słysząc chińskie imię, tego ostatniego. Uśmiechnął się kpiąco, prawdopodobnie widząc moją konsternację. Przez jego czujny i drapieżny wzrok czułam, że muszę być szczególnie ostrożna. 
— Mówiąc wprost, chciałbym, aby któreś z was odzyskało moje auto. Stoi na parkingu policyjnym, na obrzeżach miasta. Wierzę, że to tylko ułatwia wam robotę. — Uprzejmy wyraz nie znikał ani na chwilę z jego twarzy. — Ten kto przyprowadzi moje auto w nienaruszonym stanie otrzyma sowite wynagrodzenie. 
Pstryknął palcami, a z tej samej ścieżki, co on wcześniej, wyszedł barczysty mężczyzna z czarną walizką w rękach. 
Po raz drugi w moim życiu widziałam tak wiele pieniędzy. 
— Trzysta pięćdziesiąt tysięcy, dla tego, kto przyjedzie pierwszy. 
— Skąd będziemy wiedzieć, co to za auto? — Ryoichi nie omieszkał zapytać o najważniejszą rzecz. 
Widziałam wyraźnie, jak twarz Hazuiego zmienia wyraz na drapieżny.
— Uwierz mi, nie będziecie mieć z tym problemu. — Spojrzał na niego przeciągle. — Wyścig zaczyna się… — Spojrzał na zegarek na swojej ręce. — … teraz.
Co?
Zamrugałam zaskoczona i dopiero po chwili dotarły do mnie jego słowa. 
Zerwałam się z miejsca, tak, jak pozostali. Ino odskoczyła na bok, gdy prawie na nią wpadłam. Uniosłam dłoń do góry w ramach przeprosin, bo nie miałam czasu na nic innego. 
Zaskoczył całkowicie każdego. Tak naprawdę, nie wiedzieliśmy nic, oprócz tego, gdzie mniej-więcej­ znajduje się wóz. 
Pokręciłam głową w niedowierzaniu i odpaliłam silnik. Widząc, że tamci muszą uważać na siebie nawzajem, skorzystałam z tej minimalnej przewagi. Wrzuciłam wsteczny i nawet nie przejmując się tym, że będę musiała przejechać tak cały podjazd, zrobiłam to. 
Patrząc we wsteczne lusterka, nie omieszkałam nie dowiedzieć się, gdzie jechać.
— Hinata? — Nie musiałam dodawać niczego więcej. Wiedziałam, że już dawno zaczęła szukać odpowiedniej trasy.
— Przy głównej drodze w prawo. — Kiwnęłam głową sama do siebie.
— Wiesz, co to za samochód? — spytałam zaciekawiona. 
Zmarszczyłam brwi, gdy usłyszałam głośny warkot silnika przede mną. Musiałam gwałtownie skręcić w prawo, ledwo wpasowując się między donice, gdy czerwony Aston Martin przemknął obok. Miałam ochotę zakląć brzydko. 
Mój lakier!
Mało brakowało, a znowu musiałabym się tym zająć. 
— Nie — uzyskałam odpowiedź od Hinaty. — Nie znam się. Sportowy, cały żółty. Stoi na samym środku, więc nie ma się co dziwić, że nie pomylilibyście go. 
Zagryzłam wargę, w tym momencie nawet nie zastanawiając się nad słowami Hinaty. Widziałam w tylnym lusterku już kutą bramę. Pozostała dwójka jechała w równej odległości ode mnie. 
Szukałam wzrokiem miejsca, w którym mogłabym zwrócić. Nie widziało mi się zatrzymać ani na chwilę. Wtedy miałabym znaczący problem. 
Nie miałam pojęcia czy inni mają również kogoś, kto pokierowałby ich do celu, w jak najszybszym czasie. To było zupełnie co innego, jak wyścig organizowany przez Tomokiego. Przede wszystkim, tutaj chodziło o odebranie wozu, bez ściągnięcia na siebie kłopotów. Taki facet jak Ren Hazuki mógł pozwolić sobie na zrobienie z tego zabawy. 
Skrzywiłam się uświadamiając sobie, że moich rodziców również byłoby na coś takiego stać. Dziwny żal ścisnął mnie za serce, gdy tylko pomyślałam o mamie i tacie. 
Z cichym łoskotem zjechałam z krawężnika na prostą drogę. Chińczyk, do którego należał mój wymarzony wóz, już dawno zniknął z pola widzenia. Marszczyłam czoło, manewrując tak, by pozostała dwójka nie mogła mnie wyprzedzić.
Mój mercedes ryczał głośno, gdy katowałam go tak dużą prędkością na wstecznym. Dlatego z wielką ulgą odebrałam widok pseudo ronda, w samym centrum osiedla bogaczy. 
Miałam pięć sekund, zanim dojadę do tamtego miejsca. Faceci przede mnę musieli dostrzec w tym miejscu taki sam potencjał, jak ja, bo niebezpiecznie przyspieszyli. Chwilę później, gdy wąska, dwupasmowa droga, nieco się rozszerzyła, dogonili mnie. Moje serce zabiło na chwilę mocniej, gdy dostrzegłam, jak zamykają mnie z dwóch stron. Nie było szans, bym mogła zawrócić, nie wywołując wypadku.
— Hympf — prychnęłam wściekle i zmuszona do tego, wcisnęłam hamulec. Zaraz potem natychmiast skręciłam kierownicą. Głośny pisk zadźwięczał mi w uszach, gdy obróciłam się o sto osiemdziesiąt stopni.
Z wielkim niezadowoleniem patrzyłam, jak tamci oddalają się ode mnie z zawrotną prędkością. 
— Skręć w lewo przy głównej.
— Mówiłaś, że w prawo — sarknęłam, wciąż lekko poddenerwowana. 
— Znalazłam szybszą drogę
Westchnęłam głośno, ale wiedziałam, że jej mogę zaufać. Pokonując zakręty i uważając szczególnie na samochody rozstawione na bokach, widziałam w oddali czerwone światła wstecznych lamp tamtych. Zbliżałam się do nich, ale zaraz również miała być główna droga. Musiałam być rozważna, jeżeli nie chciałam wyjechać komuś przed maskę. 
Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy tamci skręcili w prawo. Lekko hamując, weszłam idealnie w zakręt. Mijając o centymetry, jakiś ciemny samochód na drodze, odbiłam w zupełnie przeciwnym kierunku. 
Uniosłam dłoń do góry w wyrazie przeprosin, gdy usłyszałam głośny klakson. Prawdopodobnie ta osoba nie była w stanie tego dostrzec. Byłam już za daleko. 
— Gdzie dalej? 
Jedź cały czas prosto. Za trzy przecznice skręć w prawo. 

Wszystko szło zbyt gładko. Kierowana przez Hinatę, dotarłam bez problemu na wschodnie granice miasta. Parking policyjny miał się znajdować naprzeciwko, za dwa kilometry. 
Niepokoił mnie fakt, że nie spotkałam, żadnego z innych kierowców. Dostawałam pobieżne informacje od Hinaty, gdy któreś z nich pojawiło jej się na ekranie. Wątpię by trudno było przegapić pędzący samochód ponad dwieście na godzinę. Nigdy, żaden z nich, nie przeciął mojej trasy. 
Teraz jednak miałam inne zmartwienie.
— Podejrzewam, że parking jest uważnie monitorowany?
— Tak. Nie przejdziesz niezauważona. 
— Brama zamknięta? — dopytywałam dalej.
— Tak.
— Cholera jasna — mruknęłam. 
Miałam dwie możliwości, aby dostać się szybko do środka. Bo to właśnie czas był teraz najważniejszy. 
Mogłam wysiąść i przejść przez siatkę, uruchamiając w ten sposób alarm. Moje szanse ucieczki zmalałyby do dwudziestu procent, a dodatkowo musiałabym w jakiś sposób otworzyć sobie bramę. Wątpię by Hazui był zadowolony, gdyby jego drogi samochód był poobijany. 
Lub mogłam staranować wjazd swoim własnym, zostawiając go później na pastwę policjantów. 
Miałam ochotę jęknąć z frustracji. Nie chciałam zostawiać tam mojego ukochanego auta.  
— Jeżeli wjadę tam, ktoś odebrałby później Mercedesa? — zapytałam z nikłą nadzieją w głosie.
— Wątpię…
— Nie— ostry głos Temari uciął odpowiedź Hinaty. — Albo znajdujesz inne rozwiązanie, albo tracisz go. 
— Jak zawsze pomocna. — Grymas niezadowolenia sam wykrzywił moją twarz. 
Nie chciałam zostawiać tam samochodu. W mojej głowie jednak panowała całkowita pustka, a odległość się zmniejszała. 
Nie mogłam też pozbyć się świadomości, że gdzieś tam, na ogonie, siedzą mi inne osoby. Bo nie miałam wątpliwości, że byłam pierwsza na miejscu. 
— Pamiętaj, będziesz miała do wydania pół miliona. Jak Pain ci nie załatwi wozu, sama sobie go kupisz — stwierdziła mocno Ino. 
Zagryzłam wargę, w duchu przyznając jej rację. 
Zamknęłam oczy i poklepałam Mercedesa po kierownicy. Widziałam przed sobą już wieżyczki z terenu policyjnego. 
— Krótko byliśmy razem, ale kocham cię samochodziku. 
Z ogromnym bólem podjęłam decyzję. W tym samym czasie usłyszałam w słuchawce głośne prychnięcie Temari. 
Zignorowałam ją i skupiłam się w pełni na obrazie przede mną. Szukając wzrokiem bramy wjazdowej, znalazłam ją z zupełnie innej strony niż nadjeżdżałam. Na szczęście droga tutaj była szersza, więc miałam więcej miejsca na manewr. 
Jechałam prosto na siatkę, a zaraz za nią dostrzegłam charakterystyczny samochód. Nie miałam jednak czasu przyjrzeć się mu z bliska. Docierając pod betonowy budynek kontrolny, skręciłam ostro. Pomagając sobie hamulcem, okręciłam się dookoła, przy okazji wjeżdżając bokiem w wjazd. 
Natychmiast rozległ się głośny, piszczący alarm. Wypadłam z samochodu, jednocześnie przeklinając samą siebie, że wzięłam buty na obcasie. Nie miałam jednak czasu się na tym rozwodzić, gdy zauważyłam jak dwóch policjantów wypadło zza drzwi. Przyspieszyłam, gdy nie umknęło mojej uwadze, jak sięgają za pas spodni. 
— Zajebiście — mruknęłam pesymistycznie. Brakowało mi tylko strzelaniny. 
Czułam, jak adrenalina napędza mnie mocniej niż cokolwiek innego. W jednej chwili znalazłam się przy żółtym samochodzie i chwyciłam za klamkę. 
Nie mogłam powstrzymać się od westchnienia podziwu, gdy usiadłam w najwspanialszym Lamborghini świata. 
Dzięki Bogu kluczyki zostały w stacyjce, dlatego nawet nie zastanawiałam się. Skrzywiłam się, gdy zauważyłam, że to automat. Nienawidziłam takimi jeździć. 
Widząc jednak zbliżających się policjantów, wrzuciłam pospiesznie jedynkę do jazdy i docisnęłam gazu. Wstrzymałam oddech, gdy poczułam, jak mocno szarpnął się do przodu. W zaledwie dwie sekundy, przyspieszyłam do pięćdziesiątki. I to mi wystarczyło, by zostawić całkowicie w tyle wściekłych strażników. W bramie ominęłam ostrożnie swojego białego Mercedesa i rzuciłam mu ostatnie, tęskne spojrzenie. 
Dopiero gdy odjechałam stamtąd jakiś kilometr dalej, usłyszałam pisk opon w dodali.
— Tamci dotarli na miejsce. Ładnie przejęte — pochwaliła mnie Hinata. Nie poczułam jednak żadnej satysfakcji. 
Z ponurą fascynacją rozejrzałam się po wnętrzu Lamborghini Avenator. Był naprawdę luksusowy i tego nie mógłby zaprzeczyć jakikolwiek przeciwnik tej marki. Jeżeli taki by się znalazł, oczywiście. 
Wszystko było obite białą skórą, a ciemne, drewno pęknie uzupełniało całość. Kontrasty łączyły się w elegancki szyk i miało się ochotę choćby tylkosiedzieć w tym samochodzie. 
A co dopiero nim jechać.
Płynność z jaką sunął po drodze była poezją. Niemal zazdrościłam tego, że ten samochód nie należy do mnie. Zreflektowałam się, gdy pomyślałam, jak trudno byłoby poruszać się takim samochodem w środku miasta i nie zwracać na siebie uwagi. Mój Mercedes być może i był wyróżniającym się sportowym wozem, jednak nie przyciągał wzroku tak mocno, jak taki Avenator.
Na zewnątrz słychać było wyraźnie wycie syren policyjnych. Byłam jednak na tyle szybka, że nie musiałam się choćby przejmować tym, że ktokolwiek mnie dogoni. Dodatkowo fakt, że był to automat, pozwalał mi oprzeć się swobodnie i jedynie wyłapywać potencjalne przeszkody na drodze. Trzymałam ręce tylko na kierownicy.
— Zgubiłaś ich. Zjedź w następną ulicę w lewo, to będziesz miała większe szanse, że nie spotkasz żadnego zaalarmowanego patrolu. 
— Okej — potaknęłam i przetarłam zmęczona oczy. 
To zadanie wydawało się o wiele bardziej męczące niż mój pierwszy wyścig. Nie czułam aż takiej wielkiej adrenaliny, jak wcześniej. Być może to była zasługa mało wymagających przeciwników.
Wszystko wydawało się być dobrze. Jechałam ciemnymi ulicami, oświetlonymi jedynie od czasu do czasu światłami latarni. 
Następne wydarzenia działy się dosłownie przez ułamki sekund. 
Sapnęłam, gdy znikąd pojawiły się dwa czarne wozy, po moich obydwu stronach. Kiedy próbowałam odbić w lewo bądź prawo, tamte zupełnie nie reagowały. Nie mogłam doprowadzić do tego, by na samochodzie była jakakolwiek rysa, więc moja sztuczka ze spychaniem całkowicie nie wchodziła w rachubę. 
— Co się dzieje?
— Jakieś dwa samochody ją zablokowały, nie może się uwolnić. 
Na szczęście na pytanie Temari odpowiedziała Hinata. Ja w tym czasie musiałam uważnie obserwować swoje boki. Zaciemniane szyby całkowicie nie pozwalały mi dostrzec, kto jest kierowcą. 
Moje zaniepokojenie wzrastało z każdą sekundą, gdy uświadomiłam sobie, że to nie jest żaden z pozostałych kierowców. 
— No to jest chyba żart!
Nie miałam czasu by wymyślić jakiś plan awaryjny. Musiałam wcisnąć gwałtownie hamulec, gdy przed nami wyjechały jeszcze dwa, takie same BMW. Z głośnym piskiem opon zatrzymałam się po zaledwie trzech sekundach. 
Westchnęłam głośno i rozmasowałam ramię, w które mocno wbił się pas bezpieczeństwa. Ledwo zerknęłam w boczne lusterka, widząc, jak droga ucieczki została całkowicie odcięta, gdy ktoś otworzył gwałtownie moje drzwi. 
Musnęłam opuszkami palców noża na moim udzie, lecz zanim w ogóle go chwyciłam, zostałam brutalnie wyrzucona z samochodu. Z jękiem bólu upadłam na twardy asfalt, czując jak zdzieram sobie łokcie. 
— Co do…?! — Uniosłam się natychmiast na rękach.
Otworzyłam szerzej oczy widząc przed sobą faceta, do którego należał Aston. Jednak otoczeni byliśmy jedynie czarnymi wozami i nikogo poza nami nie było na zewnątrz. 
— Wybacz skarbie, to nie jest twój najlepszy dzień. — Surowa twarz chińczyka wykrzywiła się w kpiącym uśmieszku. 
To była chwila, gdy tamten zajął miejsce po stronie kierowcy. Kiedy podniosłam się na równe nogi, pierwsze dwa samochody zdążyły się wycofać.
Żółte Lamborghini odjechało, nim ocknęłam się by choćby się obejrzeć. 
— Ja pierdolę! — krzyknęłam na całe gardło. Wściekłość buzowała wewnątrz mnie, gdy zostałam całkowicie sama, na pustej drodze. 
— Co jest, kurwa?— poddenerwowany głos Temari wrogo zagrzmiał w słuchawce. 
— Wywalił mnie z wozu. To, kurwa. 
Odgarnęłam agresywnie włosy za uszy i przetarłam twarz dłoni. 
Cholera jasna! Moje Lambo, mój Mercedes! 
Miałam ochotę się rozpłakać czując tę frustrację i złość.
— Kto?— ponure pytanie odzwierciedlało w pełni mój wzburzony humor. 
— Huaze Lei. 
Zapamiętam cię, obiecałam.

Leżałam na łóżku w ciemnym pokoju i patrzyłam w sufit. 
Po dzisiejszej porażce, całkowicie odechciało mi się patrzeć na auta w warsztacie. Przypominało mi to, jak siedziałam nad swoim Mercedesem przez ostatnie dni i starałam się zlikwidować paskudne szramy. Teraz stał prawdopodobnie na policyjnym parkingu i był szczegółowo przeszukiwany.
Szkoda mi było pracy jaką w niego włożyłam. Na dodatek był samochodem, którym wygrałam swój pierwszy wyścig. Pragnęłam wygrać nim jeszcze w wielu innych, zwłaszcza, że nie było ich więcej.
Czekałam na tamtej ulicy półgodziny, zanim reszta podjechała po mnie. Kiedy ja stałam i patrzyłam bez wyrazu w przestrzeń, Hinata instruowała Naruto, jak do mnie dojechać. Potem bez słowa wsiadłam do środka i zignorowałam całkowicie wściekłe warczenie Temari. 
Słowa, że sama byłam równie wkurwiona, na pewno by nic nie zdziałały. 
Westchnęłam ciężko i zamknęłam oczy na moment. Starałam się o niczym nie myśleć, ale niekontrolowane wspomnienie Yuri, samo pojawiło się znikąd. 
Jęknęłam zrezygnowana i pokręciłam gwałtownie głową, czując, jak zatapiam się. 
Wstałam na równe nogi, nie mogąc znieść tego mroku, otaczającego mnie wokoło. Zapaliłam światło, a niewielka żarówka zdołała dać jedynie nikły strumień. Musiałam czymś zająć swoje myśli. Mogłabym pójść na strzelnice, ale w tym momencie nie miałam najmniejszej ochoty rozmawiać z kimkolwiek. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że Kisame siedzi tam niemal całymi dniami. Pomimo moich planów wypytania go o niektóre sprawy, nie byłam w nastroju na to w tym momencie. 
Wstałam więc i podeszłam do szafy. Otwierając ją, cała sterta ubrań wysypała się na podłogę. Od ostatniej wizyty Ino nie miałam chwili, aby tutaj posprzątać. 
Wracając po tamtym wyścigu, jedyne o czym marzyłam, to gorąca kąpiel. Dlatego wetknęłam to wszystko w szuflady lub tam, gdzie się dało. 
Z westchnięciem rezygnacji chwyciłam za pierwszy podkoszulek. Składając go w idealną kosteczkę, odłożyłam następnie na bok. Ułożyła mi się spora wieżyczka rzeczy, kiedy chwyciłam czarny materiał w dłoń. 
Coś ścisnęło mnie mocno w piersi, gdy przebiegłam palcami po niewielkim symbolu wachlarza. Jego czerwień ostro odcinała się w moich rękach.  
Gdzie teraz jesteś? Co robisz?
Te pytania same napływały falą do moich myśli. 
Pamiętałam bardzo dobrze jego ciepłe ramiona, gdy wtulałam się w niego nieprzytomnie, ogarnięta rozpaczą. Tamte dni na zawsze pozostawiły we mnie piętno i jedynie świadomość, że był wtedy przy mnie, dodawała mi otuchy. 
Pomimo, że wiele z tego krótkiego okresu nie pamiętałam. 
Wciąż jednak byłam w stanie przywołać jego przyjemny zapach. Wyraźnie czułam pospieszne pocałunki, które mi skradł oraz dotyk jego dłoni na moim ciele. 
Tak bardzo chciałam wiedzieć, cokolwiek. 

***

Zaciągnąłem się po raz kolejny, a szary dym uniósł się w zimne, nocne powietrze. Trzymałem w połowie już spalonego papierosa i obserwowałem. Jedynym źródłem światła była pojedyncza latarnia, po drugiej stronie mostu. Przyjemny szum rzeki Tengokukoił moje rozszalałe myśli. 
Nie podobał mi się upór Sasuke, który za wszelką cenę chciał dokończyć tę sprawę z Orochimaru.  Wiedziałem jednak doskonale, że gdybym sam zrezygnował, on wciąż brnąłby w to, aż nie skończyłoby się to jego śmiercią. Nie chodziło o to, że nie wierzyłem w jego umiejętności. Zdawałem sobie sprawę, że nie jest już tym samym dzieckiem, które musiałem pilnować jeszcze parę lat temu. Wszyscy się zmieniliśmy, a przez te wszystkie okoliczności w przeszłości, on najbardziej. Mimo to, znałem potęgę Orochimaru oraz jego chore priorytety.
To mi przywołało na myśl Sakurę. Zastanawiało mnie, jak wielki krok ona postawiła w przód. Minęło tak wiele czasu, że nie miałem wątpliwości, że choć trochę powinna się podnieść po tej stracie. Wewnątrz mnie wciąż pozostawała złość na myśl, że to nie z moją pomocą tego dokonała. Gdybym był obok, pokierowałbym ją, by ten żal, złość i wszystkie negatywne emocje ukierunkowała w dobrą stronę. 
Zacisnąłem palce na barierce, gdy wspomnienie jej miękkich warg wróciło. 
Przez tak wiele dni chciałem na nowo jej posmakować. Była jedyną kobietą, która w niewyobrażalny sposób działała na mnie. Wystarczyło, by przeszła obok, a ja nie mogłem oderwać swojego wzroku od niej.
Pragnąłem jej. 
I gdy już raz miałem okazję poczuć jej usta, chciałem więcej. 
Jej smutne, zrozpaczone oczy, krążyły w mojej głowie z każdą wolną chwilą. Nie mogłem zapomnieć błysku satysfakcji podczas naszych treningów i sfrustrowanego grymasu, gdy bez problemu blokowałem jej każdy ruch. 
Była tak drobna i może to właśnie to, działało na mnie niczym zapalnik. W moich wyobrażeniach była delikatna. I nie miało znaczenia, że tak wiele razy udowodniła, że nie boi się bezpośredniej konfrontacji i bólu. 
Przez cały ten czas uświadomiłem sobie, że nie pożądałem jedynie jej ciała. Dręczące myśli o tym, w jakim aktualnie jest stanie oraz chęć obserwacji jej zmagań ze wszystkimi tymi problemami sprawiły, że stała się dla mnie kimś więcej, jak osobą niezwykle atrakcyjną. Intrygowała mnie.
Była moja.



Shayen: Mam wrażenie, że czegoś brakuje w tych ostatnich rozdziałach. Zauważyłam, że nie rozpisuje się już tak bardzo, jeżeli chodzi o szczegóły miejsc, czy wygląd osób. Nie wiem, czy to, co jest wystarcza, czy może jednak jest zbyt surowo? Co myślicie?
W ogóle z perspektywy Itachiego tak łatwo mi pisać. Nie wiem czemu. XD Może to przez to, że potrzebuję odskoczni od Sakury? Well.


Nie wiem, jak to będzie z rozdziałem w przyszłym tygodniu, bo wyjeżdżam do Wawy. Prawdopodobnie coś napiszę w środku tygodnia i pociągu. Jednak w tej drugiej sytuacji nienawidzę, gdy ktoś obok zagląda do mojego lapka. Dziwnie się czuję, że ktoś mógłby przeczytać to, co piszę, będąc tuż obok.
Rozdział nie do końca wygląda tak, jak miał pierwotnie. Przygotujcie się, że następny będzie miał w sobie wiele z relacji z innymi. 

Trzymajcie się! <3

ps. Wiecie jakie to dziwne uczucie mieć znieczulone pół twarzy? Nienawidzę tego. XD Dopiero przed chwilą mi zeszło po wizycie u dentysty o 9 rano. 
Na podstawie Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz. U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631 oświadczam, że wszelkie prawa do publikowanych przeze mnie materiałów należą wyłącznie do mnie i niniejszym nie udzielam zgody na wykorzystywanie moich materiałów do jakichkolwiek celów bez mojej zgody.